09 marca 2026

Wartość zaufania

Czas czytania: 6 min.

Słowo wstępu

Była końcówka lutego i w powietrzu czuć było wiosnę – bezsprzecznie.

Nie byłem w tym sezonie jeszcze na nartach – żal, ale cóż… czasem tak bywa.

Trafiła się jednak okazja, więc nastąpiło dość szybkie pakowanie i wyjazd w jak najbliższe okolice z jednoczesną szansą na to, aby jednak to, po czym się jeździ można było nazwać śniegiem. Zatem z dwojga możliwości wybrałem w rodziną biegówki w Jakuszycach.
Stwierdziliśmy, że zaczniemy od trasy na Orle – prosta, przyjemna, klimatyczna, leśna, spokojna. Dokładnie tak było. Czysta rozkosz, żeby chwilę pooddychać cudnym powietrzem, zmęczyć się fizycznie, poczuć klimat. Czasem człowiek musi, bo inaczej się udusi – dosłownie i w przenośni.

Euforia ma swoje konsekwencje

Dobiegliśmy do schroniska Orle. Jest pierwszy drobniutki sukces i przyjemność, ale… chyba zaczęliśmy zbyt ostro, a przecież każdy sport wymaga pewnego sukcesywnego wejścia w niego – szczególnie po przerwie. Chyba byliśmy w zbyt dużej euforii samego wyjazdu, gdyż zaczęliśmy ten dzień niezbyt racjonalnie – dopadła jednego z nas zadyszka i pojawiło się osłabienie. Na tyle, że stwierdziliśmy, że trzeba odsapnąć, złapać oddech i uzupełnić zasoby.

Rzecz w schronisku

Z dużym luzem wszedłem do schroniska, żeby kupić pożywną zupę – tak, żeby pochłonąć jeden talerz na trzech lekko się doładować i potem jeszcze posączyć spokojnie gorącą herbatę.

I klops…

Jednak nie w sensie drugiego dania.

Klops, gdyż płatności w Orle można realizować tylko gotówką, której nie wzięliśmy.

Faktycznie byliśmy na sporej euforii, że nie pamiętaliśmy, że w górach po prostu trzeba zawsze mieć gotówkę. Szybka decyzja i postanowiłem znaleźć osobę, która zwyczajnie dałaby nam 50 zł w zamian za przelew blikiem.
Prosta sprawa?

Niekoniecznie.

Jak zdyszany koleś, z niskim poziomem cukru, niegolony kilka dni, nieznany, bez szansy opowiedzenia w większym szczególe czegoś o sobie ma przekonać osobę do szybkiej wymianki gotówki na elektroniczną niewiadomą? Może nie do końca niewiadomą – bo przecież operacja przelewu na telefon trwa szybko. Teoretycznie… ale o tym za chwilę.

Ludzie w kolejce

Dobra. Zerknąłem na ludzi stojących w kolejce (jakieś 17 osób).
Nie ma sensu zaczepiać dowolnych, kręcących się wszędzie osób, lecz trzeba skupić się na tych, którzy stoją w kolejce – skoro w niej stoją, to mają gotówkę.
Mniej więcej szóstą osobą była kobieta w wieku ok. 40 lat, przy której stała dziewczyna – zapewne córka. Uznałem, że to będzie dobry wybór.

Podszedłem i mówię: czy zgodzi się Pani pomóc w sytuacji, gdy muszę kupić cokolwiek ciepłego do zjedzenia, a fajtłapa ze mnie, bo zapomniałem portfela, a płatność jest tylko gotówką. Gdy da mi Pani chociaż 30 zł, od razu zrobię przelew blikiem na telefon. Muszę kupić cokolwiek ciepłego do zjedzenia, bo moja żona na trasie bardzo osłabła i poczuła się gorzej.
I nastąpiła cudna, naturalna reakcja > córka spojrzała na matkę, matka na córkę, potem na mnie, wyjęła z portfela i wręczyła mi 50 zł tłumacząc się, że nie ma mniejszego nominału.

I co? Rewelka – temat załatwiony!

Czyżby?

Nieoczekiwany element

Biorę telefon do ręki, wchodzę do aplikacji bankowej, proszę o numer telefonu zaczepionej Pani, żeby zrobić jej szybki przelew i…
Nie ma zasięgu. Gotówkę mam już w ręce.
Robi mi się głupio.
Podnoszę rękę z telefonem coraz wyżej i wyżej, wchodzę na krzesło i… nic.
Wychodzę z budynku, biegam wokół schroniska i… w końcu jednak kreska!!!
Szybkie ruchy. Przeszło! Robię zrzut ekranu (na wszelki wypadek) i biegnę do schroniska.

Szukam Zbawicielki – nie ma jej w kolejce.
Biegam po salkach – znajduję na samym końcu.
Pokazuję Pani potwierdzenie zrobienia przelewu. Ufff…
Uśmiechy na twarzy. Podziękowania. Gotówka w ręce. Staję na końcu kolejki – czyli jako już dziewiętnasty.

Rewelka - temat załatwiony!

Czyżby?

Zaskoczenie

Po ok. 20 minutach, gdy byłem już metr od lady, czuję klepnięcie w ramię i słyszę: płatność jeszcze do mnie nie doszła...
Oblany potem i wstydem, słucham dalej: Muszę jednak Panu zaufać. Dobrego dnia!
Szybko zapytałem, czy Zbawicielka chce może na wszelki wypadek mój numer telefonu?
Usłyszałem jedynie: „Nie, nie. Trzeba sobie ufać”.

Finał

Jak się zakończyło?

Wieczorem, gdy wróciliśmy do Szklarskiej napisałem smsa do poznanej kilka godzin wcześniej pani, żeby potwierdzić, czy płatność finalnie jednak do niej dotarła. Nie dawało mi to spokoju, pomimo, że zejście ze swojego konta widziałem. Okazało się, że wszystko zagrało.
Temat zamknięty i rozliczony.

Wniosek

Będzie krótki i konkretny: warto sobie pomagać, bo… warto. Zwyczajnie warto być człowiekiem i ufać innym. Czasem się zawiedziemy? Zapewne tak. Niech jednak nas to nie pozbawia człowieczeństwa. Może to naiwne, ale jakoś jestem przekonany, że dobro wraca – żona mi to ciągle powtarza.

Manipulowanie

Powstaje jednak pytanie, czy należy być łatwowiernym? Zdecydowanie nie.
Opisany przykład chciałbym bowiem na koniec podsumować serią elementów, które pozwoliłem sobie wykorzystać w sytuacji, która mnie spotkała.

Nie ma co czarować, że pokusiłem się o manipulację w kilku zakresach wykorzystując swoją wiedzę w tym temacie.

Po pierwsze > z premedytacją wybrałem kobietę w podobnym do mnie wieku – zwiększyłem szansę na zrozumienie mojego kłopotu, gdyż moja żona (której sprawa częściowo dotyczyła i na którą się powoływałem) jest z pewnym prawdopodobieństwem w jej wieku.

Po drugie > kobiecie tej towarzyszyła nastolatka – zapewne jej córka. Ponieważ dzieciom chcemy dawać dobry przykład, również w zakresie pomagania innym, rosła szansa na przychylenie się tejże pani do prośby, którą kierował obcy facet (czyli ja) w potrzebie.

Po trzecie > swoją prośbę o zmaterializowanie pieniądza zakończyłem stwierdzeniem „bo”. Zasada, którą znam między innymi z książki Roberta Cialdiniego – dotyczy pewnego eksperymentu z roku 1978, z którego wynikało, że istotnie rośnie prawdopodobieństwo przystania na czyjąś prośbę, gdy użyje się właśnie stwierdzenia „bo” bądź „ponieważ”, które sugerują formę argumentacji. Co podbija wartość prośby.

Czy inna zaczepiona przeze mnie osoba zgodziłaby się, gdybym nie zdecydował się na swoje podejście i dobór słów?
Nie wiem.
Być może.
Po co jednak sprawdzać, jeżeli można w relatywnie prosty sposób zwiększyć prawdopodobieństwo sukcesu.

Skoro był wstęp, to zakończenie

Ktoś może uznać, że moje zachowanie było nieetyczne, gdyż w pewien sposób manipulowałem człowiekiem w celu pozytywnego załatwienia swojej sprawy.
Trudno się z tym nie zgodzić, że zdecydowałem się na wykorzystanie sposobu wpływania na innych.
Zwiększając jednak szansę powodzenia w swojej sprawie, nie działałem ze szkodą dla innej osoby.

Opisuje to zdarzenie nie tylko po to, aby przedstawić przykład możliwości i skuteczności stosowania pewnych sposobów wpływania na innych ludzi, o czym wspominam na zajęciach i warsztatach. Co prawda poruszamy tam kwestie i podejścia biznesowe. Jednak zasady te obowiązują po prostu na styku człowiek-człowiek, a zatem w różnych sytuacjach i kontekstach.

Opisuję to zdarzenie jednak również po to, abyśmy byli świadomi tego, jakie mechanizmy działają (faktycznie działają), a tym samym byli czujni na to, jak inni mogą próbować nami manipulować, nie zawsze mając dobre intencje.

Wniosek końcowy

W mojej warto więc być dobrym człowiekiem i pomagać innym, co jednak nie powinno zwalniać nas z czujności, dzięki posiadaniu odpowiedniej wiedzy.

WRÓĆ NA UZEWNĘTRZNIENIA