30 lipca 2026

Miejsca tworzą ludzie

Czas czytania: 4 min.

Nie ma za małych lokali, tylko są zbyt ciasne umysły. Takie zdanie przyszło mi do głowy, gdy wszedłem i spędziłem kilkadziesiąt minut w Cafe Klaps w Gdyni.

Za zapachem tam nie trafisz

Zapewne nie trafiłbym tam po prostu idąc ulicą i poszukując czegoś do jedzenia – wbiłem się tam z polecenia koleżanki, która swoje w nim doświadczyła, a następnie tym przeżyciem się ze mną podzieliła. Tym samym, będąc krótkie 2 dni w Gdyni po prostu musiałem się tam znaleźć.

Gdy wszedłem, nie miałem przekonania, że cokolwiek tam można zjeść – przecież lokal (co widać na zdjęciach) jest mały, malutki, mikroskopijny. Co najwyżej wypicie szybkiej kawy, zjedzenia dobrego ciasta bądź wysączenie piwa bądź skosztowanie wina wchodziło w grę. Ale obiad?

Pojawia się człowiek

Wówczas podszedł do nas człowiek nieco starszy ode mnie, który od pierwszego wypowiedzianego słowa (autentycznie!!) sprawiał wrażenie przyjaznego, otwartego i pozytywnego. Nie podał nam karty z daniami, nie zaserwował tekstu – daniem dnia jest, lecz zaczął od „cieszę się, że do mnie trafiliście”.

Potem wyraziliśmy (bo byłem z żoną) nasze ograniczenia związane z przypadłościami zdrowotnymi, które ograniczają wybór dań, ze względu na konieczność omijania niektórych składników spożywczych.

Nie pojawiło się na twarzy wspomnianego człowieka zmartwienie, współczucie bądź inna mina wyrażająca jakąkolwiek inną emocję niż… zaangażowanie. Od razu powiedział, że w tej sytuacji przygotuje polędwiczki omijając składnik A, dodając składnik B, sugerując dodanie C i D.

Człowiek zwyczajnie na poczekaniu, mając świadomość czym dysponuje jego kuchnia (którą zresztą samodzielnie obsługiwał), stworzył danie na żądanie!

Przyjemność oczekiwania

Gdy czekaliśmy na to, o czym przed chwilą porozmawialiśmy, zaczęliśmy rozglądać się wnikliwiej po wnętrzu, które było szalenie przytulne, czarowne, wręcz filmowe.
I to nie jest przypadkowe stwierdzenie, gdyż, jak się okazuje, Cafe Klaps jest tym miejscem, do którego zagląda mnóstwo rozpoznawalnych osób ze świata muzyki, filmu i teatru. Świadczą o tym zdjęcia, a także podpisy złożone na ścianach (dosłownie, gdyż na płytkach oraz wprost na farbie pokrywającej ściany) wraz z krótkimi życzeniami i komentarzami osób odwiedzających to miejsce. Znalazł się też wpis delikwenta, z którym kilka lat temu umówiłem się, że koniecznie musimy się zobaczyć, gdy tylko będzie w Poznaniu, lecz… każdy zajęty swoimi sprawami ciągle nie ma czasu > może ta sytuacja sprowokuje przypomnienie sobie o tym naszym ustaleniu - Rafale Zawierucha, uda się? :)

Rozglądanie się i wpatrywanie w ściany (jakkolwiek by to nie brzmiało) spowodowało, że poczucie czasu było zupełnie inne – bo po odczuwalnych 5ciu sekundach jedliśmy domowe jedzenie. Nie było wykwintne, wyszukane, otwierające zupełnie nowe kubki smakowe, o których byśmy nie wiedzieli. Jednak było smaczne, absolutnie świeże i wyczarowane z tego, co było pod ręką. Dla mnie na ten moment to była rewelacja.

Ciasta, na które zerkaliśmy, a których nie mieliśmy czas uszczknąć wyglądały natomiast zjawiskowo.

Dodatkowe „smaczki”

Smak nie był jednak ostatnim zaskoczeniem, gdyż o 18.00 rozpoczął się… wieczór z muzyką. Kompletnie mnie zszokowało to, że w tym malutkim lokalu, po przestawieniu dwóch krzeseł i przesunięciu nieco stolika, znalazło się miejsce na rozstawienie dodatkowego sprzętu, dzięki czemu cudnie wybrzmiały standardy i klimatyczne utwory, do których podkład serwował komputer, ale wokal wykonywał Szymon Czerski. Muzyka na żywo to jest naprawdę petarda – do tego w tak niewielkim pomieszczeniu, obcując z tym wszystkim tak bardzo, tak blisko, tak namacalnie.

Chwilo trwaj!

Przyznaję, że wpadliśmy do Cafe Klaps jedynie na chwilę, coś zjeść, bo mieliśmy wieczorne plany sztywno ustalone zegarkiem, lecz przesiedzieliśmy tam do ostatniej możliwej minuty żałując, że nie da się dłużej.

Tym bardziej, że nagle niektórzy z gości, a raczej z „przyjaciół lokalu” wyciągnęli jakieś bębenki, zaczęli śpiewać wspólnie z bohaterem wieczoru… co za klimat!

Warto rozmawiać

Wychodząc, nie mogłem się oprzeć i musiałem porozmawiać z gospodarzem, czyli Waldkiem Łącznym, czyli człowiekiem, który wyczarował nie tylko jedzenie dla nas, ale też klimat tego lokalu. Gdy gratulowałem mu tego, co w tym miejscu stworzył, powiedział mi: wiesz, bo to jest mój dom, moja przestrzeń – jeżeli ktoś chce się w nią włączyć i mi w niej towarzyszyć, to po prostu przychodzi i w niej jesteśmy. Razem spędzając czas.

Obecnie jako miłośnik tej przestrzeni jaką jest Cafe Klaps, zapraszam Was tam również, żeby poczuć i doświadczyć, jak można budować klimat, ciepło, naturalność funkcjonowania ze sobą, gdzie klient czuje się jak przyjaciel miejsca i faktycznie gość w czyimś domu.

Przyznaję, że jedna wizyta spowodowała, że do tego miejsca i ludzi je tworzących, nieco się już przywiązałem. Bo tak buduje się więzi. Tak tworzy się podwaliny pod lojalność.

WRÓĆ NA UZEWNĘTRZNIENIA